|
|
Łatwy zarobekPaweł Placek Ciesielski Weteran Rwetes się zrobił ogromny. W sztabie generalnym grafa Todbringera panował huk rozmów, harmider klątw i jazgot złorzeczeń na logistyków. Nad rozpostartą na szerokim stole mapą stał cały tabun jenerałów i pułkowników, a nawet gdzieś się od czasu do czasu jakiś major zaplątał. Pachołkowie i adiutanci uwijali się z tacami jadła i dzbanami tileańskiego, wytrawnego wina, a każde ich potknięcie spotykało się z plejadą wyzwisk i zamaszystych kopnięć w dupę. Poły namiotu rozchyliły się wpuszczając do środka wysokiego mężczyznę. Ogorzała od wiatru twarz i wysokie czoło odbijało się od czerwieni płacht, z jakich zrobiono szałas. Zafalował czarny, szamerowany złotem płaszcz, wówczas jakby na sygnał, jenerałowie zrobili miejsce przy rozpostartej mapie. Nowoprzybyły wyrwał z rąk służącego kufel wina, wypij jednym haustem i cisną nim o ziemie. - Dobra panowie, teraz ja tu dowodzę - ryknął nowo mianowany dowódca. Zaszumieli jenerałowie, nie zwykli aby ktoś nimi komenderował, ale musieli ustąpić. W końcu przed nimi stał syn grafa, a on nie znosił sprzeciwu. Syn grafa Todbringera rozparł się wygodnie na drewnianym tronie, który do tej pory zajmował stary weteran jeszcze z czasów wojny o zamek Praag. Starzec usunął się służalczo podając dziedzicowi grafa kufel z winem. Dowódca wypił szybko i zażądał kolejnego, tylko tym razem ciepłego, bo ziąb był na dworze. - Jaka jest sytuacja i kiedy wygramy? Cichy do tej pory pułkownik wystąpił z uformowanego szeregu podszedł do mapy i zaczął rozmieszczać figurki żołnierzy. Dowódca był zły. - Co to, kurwa, szachy? Czekam na relacje! Ty! - Wskazał na grubego generała z sinym od alkoholu nosem. Rozkładający figurki pułkownik usunął się szybko w cień by potem zniknąć z oczu dowódcy. - Panie dowódco eee... yyy... wojska nulneńskie przypuściły ofensywę i straciliśmy prawie cały front południowy - gruby generał zmrużył oczy i począł się modlić w duchu o zmiłowanie. - Że co?! - Krzyknął już całkiem zły dowódca. - Straciliśmy front południowy! Chcesz mi powiedzieć, że przegrywamy? Czy to chcesz mi powiedzieć?! - Tak - wyszeptał generał pociągając swoim sinym nosem. Syn grafa wyciągnął za pazuchy jednostrzałowy pistolet i wypalił w przerażonego generała. Jego wielkie cielsko zafalowało, zrobiło piruet i padło martwe na udeptana ziemię. Dziedzic nawet nie mrugnął. - Ktoś jeszcze ma dla mnie dobre wieści? Nisko kłaniający się służący zabrali z namiotu zwłoki generała. Zostawiając po sobie tylko smród pędzonego bimbru i smużki krwi ciągnące się za martwym ciałem. Dowódca wychylił kolejny kufel czerwonego wina i wskazał palcem na młodego pułkownika. - Generale, proszę spojrzeć na mapę. Widzi pan rzekę Stir na południowy wschód od Altdorfu. Myślę, że jeśli tam skoncentrujemy nasze wojska to odniesiemy sukces. - Ale tam będziemy odsłonięci - wtrącił się do rozmowy siwowłosy weteran. - Na otwartej przestrzeni łucznicy wroga będą mięć ułatwione zadanie. Poniesiemy olbrzymie straty. - Trudno. To jest moi panowie wojna, a na wojnie trzeba liczyć się ze startami. - Ale tam stracimy całe oddziały - zaoponował starzec. - Dlatego właśnie poślemy tam najemników. Im to za jedne dla kogo umierają. Generałowie przytaknęli zgodnie dowódcy. Starzec pokiwał tylko głową i wyszedł z namiotu wpuszczając przy tym zimny powiew wiatru. Syn grafa pociągnął z kufla siarczysty łyk i zwołał po kolejnego. Generałowi odetchnęli z ulgą, pułkownicy ukłonili się nisko, a majorowie popędzali sługi. Starca już nie było. Życie najemnika nigdy nie było usłane różami. Pracodawcy rzadko się nami przejmują, traktując nas jak mięso armatnie do najcięższych batalii. To najemnicy szli na pierwszy ogień, czekali w zimne grudniowe noce na patrolujące przełęcze jednostki. To najemnicy najciężej oberwali w wielkiej bitwie pod zamkiem Praag, nad rzeką Stir, która po walkach zabarwiła się szkarłatem. Umierali w górach niedaleko Parravonu, krwawili na dalekich wschodnich rubieżach, chorowali pod czas kwarantanny Marienburga, ale to my - najemnicy zmienialiśmy bieg historii. Pieniądz nie śmierdzi, no może tylko czasem cuchnie, ale za to pozwala przeżyć ciężkie dni na tym ziemskim padole. Życie jest jak cierń w dupie - boli i załazi za skórę. A życie najemnika nie rozpieszcza. Mówią, że żadna praca nie hańbi. To dlaczego patrzą na nas - najemników spod łba. Szepczą po kątach i nie potrafią spojrzeć prosto w oczy. Zabijamy, ale to nie czyni nas gorszy od żołnierzy i walczących chłopów. Wprawdzie zabijamy za pieniądze i nie interesuje nas kto płaci, ale przecież trzeba z czegoś żyć. Będąc jeszcze młodym smarkiem marzyłem o przygodach, o dalekich podróżach i chwale. Chciałem wyrwać się z wioski i zakosztować światowego życia. Teraz perspektywa ciepła domowego ogniska nie wydaje się taka parszywa. Nieraz tęsknię do chwil spędzonych z ojcem na polowaniach. Może kiedyś i ja będę miał syna. Chciałbym. Nauczyłbym go wszystkiego co umiem i uchronił od mojego losu, jeśli to tylko możliwe. Pamiętam jak kiedyś stary żołnierz powiedział mi, że życie najemnika nie jest pełne splendoru i chwały, że nie znajdę w nim szczęścia, a jedynie rozgoryczenie i śmierć. Nie uwierzyłem. Napatrzyłem się ja w życiu na śmierć. Częstokroć zaglądała mi w oczy, odbierała przyjaciół i pozbywała się wrogów. Pomyśleć, że po tych wszystkich latach nadal się jej boje. Owszem oswoiłem się z myślą, że kiedyś będę musiał odejść, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz. Wojna Wychudzony pies trzymał łeb nisko, tuż przy ziemi, szukając w spalonej trawie kostek i ochłapów mięsa. W powietrzu unosił się swąd palonego ścierwa, zbutwiałych od deszczu desek i grzanego bimbru. Pies przypadł do sterty osmolonych desek unikając wzroku mężczyzn. Bał się, ale pusty żołądek nie dawał za wygraną. Przeciągły krzyk rozpaczy poderwał z drzew ospałe do tej pory sowy. Tępy trzask i cisza. Pies skulił się w kłębek i zamknął kudłatą łapą uszy. Dygotał. Mężczyźni zahuczeli wesoło i radośnie. Zniekształcony przez wódkę rubaszny śmiech dobiegał z samotnie stojącej stodoły. Na podłodze z zarzuconą na głowę suknią wiła się i wyginała kobieta. Przywiązane do słupa ręce rozdzierały się od krępujących je sznurów. Krzyknęła, jakby to miało jej pomóc w zrzuceniu z siebie mężczyzny. Trójka pozostałych czekała na swoją kolej, z nudów zajmując się zbitym do nieprzytomności mężem gwałconej kobiety, nie pozwalali mu zamknąć oczu. Ilekroć próbował odwrócić głowę katowali go z całym okrucieństwem na jakich ich tylko było stać. Krzyk kobiety przerodził się w pisk, w żałosny, skomlący pisk. Pies łykał zachłannie kawałki mięsa rzuconego przez niskiego mężczyznę, ze szramą biegnącą przez smagły policzek. Najemnik podrapał za uchem psa i pogłaskał po zaniedbanej sierści. W między czasie pozostali mężczyźni zdążyli już znudzić się katowaniem męża kobiety. - Dobry piesek, dobry. Głodny byłeś? Jedz, jedz mały. - Janek przestań bawić się z tym kundlem i chodź, teraz twoja kolej. Najemnik obrócił się i spojrzał na nieprzytomną z bólu kobietę. Widział jej pokrwawione ciało, błędne spojrzenie i rozwarte, bezwładne nogi. Nie miała już siły walczyć, leżała bezruchu z zarzuconą pod szyję spódnicą. Jego kolega podciągnął skórzane spodnie i spiął jej grubym pasem. Janek zajął jego miejsce. Za pierwszym raz płakałem. Łzy spływały mi strużkami po policzkach, koledzy patrzyli na mnie z politowaniem i pogardą. Niektórzy rozumieli, nie było ich wielu. Z każdym razem coś we mnie obumierało, aż w końcu nie czułem bólu, nie czułem niczego. Może to i dobrze, teraz jest mi łatwiej, nie czuje oporu i zażenowania. Po prostu wykorzystuje to, co zsyłają mi niebiosa. Biorę, co dają. Myślisz, że jestem przegrany, że zatraciłem w sobie człowieczeństwo. Mylisz się, ja żyję wolny i nieskrępowany, nic mnie nie ogranicza. Żadne konwenanse, żadne zasady i co najważniejsze czuję się z tym wspaniale. No dobrze, czasem tylko żałuję, że nie mam nikogo bliskiego, ale to nie jest chyba, aż tak ważne. Prawda? Pamiętam, jak spaliliśmy wioskę na przełęczy Gwyden. Koledzy z oddziału grabili i palili, zostawiając przy życiu tylko kobiety, dzieci i starców. Grupa ocalałych zebrała się na placu, patrząc na ich płonący dobytek. Widziałem wtedy twarze bezsilnych ludzi i ich rezygnację. Spojrzałem w oczy jakiegoś starca. Były spokojne. Zbyt spokojne. Nie powinienem tego robić... Zapamiętałem te oczy... i wciąż je widzę. Czasami lubię zadawać ból. Nieraz karciłem się w myślach, ale bez najmniejszego skutku. Widziałem w oczach innych te same myśli i rozterki. Może mi się tylko wydawało, zresztą sam już nie wiem. Kiedy grabiliśmy kościół duszpasterz klął na nas i zaklinał się na wszystkie bóstwa tego świata. Straszył nas swoim bogiem i ogniami piekielnymi. Darł się na całe gardło, że nie godzi się, że nie wolno, gdy zamknęliśmy go na plebani. Wykrzykiwał modlitwy, gdy ogień trawił dach budynku. I kto teraz trafił do piekła? Może miał i rację, że trafię do piekła. Nie on jeden tak mówił, może jest w tym jakaś prawda, ale jedno wiem na pewno. Nie pójdę tam sam. Życie Słońce kryło się za postrzępioną linią wzgórz, za nisko położonymi polami i zwartymi kępami leszczyny obrastającymi ściany doliny. Błyszczały w refleksach świetlnych wartkie strumyki górskie, odbijały promienie słoneczne zamglone szyby odległych chat wiejskich i iskrzyły się z rozległego pola nagie kości poobgryzane przez wilki. Kobiety z pobliskich osad chodziły wzdłuż szpalerów równo poukładanych ciał i szukały poległych ojców, mężów i synów. Te, które znalazły padały na kolana złorzecząc na parszywy świat i płacząc, przyciskały do siebie martwe ciało bliskiej osoby. Pozostałe szukały zapamiętale choćby wskazówki potwierdzającej, że ukochani żyją i mają się dobrze, że kiedyś wrócą i ucałują, ale rzeczywistość jest inna. Zmarli zawsze czekają na swoich bliskich, zawsze. Wygłodniałe psy i wrony walczą z szabrownikami o martwe ciała. Młodzi chłopcy i kobiety przeszukują zwłoki licząc na zdatne do użytku buty, koszule i broń, którą przeoczyli poszukujący, z rozkazu dowódcy, żołnierze. Złote zęby i kosztowności padają jako pierwsze, potem towarzyszą im ubrania wierzchnie, a na końcu zabrane zostają racje żywnościowe i skóra poległych. Noc strażniczka umarłych chroniła ciała przed żywymi szabrownikami, pozwalając swoim dzieciom na żer. Ludzie od zawsze bali się ghuli. Te przerażające potwory grabiły ciała z ich naturalnego prawa do godziwego pochówku. Żywiąc się zwłokami poległych bluźnili przeciw bogom i naturze. Tam, gdzie panuje głód martwych ciał się nie chowa, ale także nie pozostawia na pastwę niemiłosiernego czasu. Tam, każda ich najmniejsza część jest na wagę złota, gwarantującą życie. Nadal poszukujesz wrażeń i chcesz wyruszyć w daleką podróż? Zaniechaj marzeń o sławie i splendorze. Tego nie da ci życie najemnika. Nasłuchałeś się w dzieciństwie od bajarzy opowieści o dzielnych zawadiakach i sam teraz chcesz takim być. Rzeczywistość jest inna. Jest okrutna, bezmyślna i boli. Jako najemnik doświadczysz tylko bólu i poniewierki. Będziesz go zadawał i sam cierpiał. Nie pomoże nic. Alkohol i narkotyki tylko stępią ból, a dziwki będą przypominać ci tylko to co utraciłeś. Posłuchaj mnie. Zostań przy swojej miłości i czekaj na nią, każdego dnia. Bo tylko to jedno uczucie może dać ci prawdziwe szczęście, wszystko inne przy nim przestaje się liczyć. Wszystko inne nie ma znaczenia w jego obliczu. Ale co ja język strzępie po próżnicy i tak mnie nie posłuchacie. Wszak to, co komu jest przeznaczone i tak się spełni - teraz czy za kilkanaście lat. Zawsze się spełnia. |
|
Copyright (C) 2002 - 2004 Silva Rerum wszelkie prawa zastrzeżone |