Silva Rerum

Numer 1 (7) 2004


Menu

Od redakcji
Karczma
Z dziennika
Recenzje
Felietony
Opowiadania


Kantyna

Wstęp
Łatwy zarobek
Echh... husaria


 

 

Łatwy zarobek



Paweł Placek Ciesielski


Weteran


Rwetes się zrobił ogromny. W sztabie generalnym grafa Todbringera panował huk rozmów, harmider klątw i jazgot złorzeczeń na logistyków. Nad rozpostartą na szerokim stole mapą stał cały tabun jenerałów i pułkowników, a nawet gdzieś się od czasu do czasu jakiś major zaplątał. Pachołkowie i adiutanci uwijali się z tacami jadła i dzbanami tileańskiego, wytrawnego wina, a każde ich potknięcie spotykało się z plejadą wyzwisk i zamaszystych kopnięć w dupę.

Poły namiotu rozchyliły się wpuszczając do środka wysokiego mężczyznę. Ogorzała od wiatru twarz i wysokie czoło odbijało się od czerwieni płacht, z jakich zrobiono szałas. Zafalował czarny, szamerowany złotem płaszcz, wówczas jakby na sygnał, jenerałowie zrobili miejsce przy rozpostartej mapie. Nowoprzybyły wyrwał z rąk służącego kufel wina, wypij jednym haustem i cisną nim o ziemie.

- Dobra panowie, teraz ja tu dowodzę - ryknął nowo mianowany dowódca.

Zaszumieli jenerałowie, nie zwykli aby ktoś nimi komenderował, ale musieli ustąpić. W końcu przed nimi stał syn grafa, a on nie znosił sprzeciwu. Syn grafa Todbringera rozparł się wygodnie na drewnianym tronie, który do tej pory zajmował stary weteran jeszcze z czasów wojny o zamek Praag. Starzec usunął się służalczo podając dziedzicowi grafa kufel z winem. Dowódca wypił szybko i zażądał kolejnego, tylko tym razem ciepłego, bo ziąb był na dworze.

- Jaka jest sytuacja i kiedy wygramy?

Cichy do tej pory pułkownik wystąpił z uformowanego szeregu podszedł do mapy i zaczął rozmieszczać figurki żołnierzy. Dowódca był zły.

- Co to, kurwa, szachy? Czekam na relacje! Ty! - Wskazał na grubego generała z sinym od alkoholu nosem. Rozkładający figurki pułkownik usunął się szybko w cień by potem zniknąć z oczu dowódcy.

- Panie dowódco eee... yyy... wojska nulneńskie przypuściły ofensywę i straciliśmy prawie cały front południowy - gruby generał zmrużył oczy i począł się modlić w duchu o zmiłowanie.

- Że co?! - Krzyknął już całkiem zły dowódca. - Straciliśmy front południowy! Chcesz mi powiedzieć, że przegrywamy? Czy to chcesz mi powiedzieć?!

- Tak - wyszeptał generał pociągając swoim sinym nosem.

Syn grafa wyciągnął za pazuchy jednostrzałowy pistolet i wypalił w przerażonego generała. Jego wielkie cielsko zafalowało, zrobiło piruet i padło martwe na udeptana ziemię. Dziedzic nawet nie mrugnął.

- Ktoś jeszcze ma dla mnie dobre wieści?

Nisko kłaniający się służący zabrali z namiotu zwłoki generała. Zostawiając po sobie tylko smród pędzonego bimbru i smużki krwi ciągnące się za martwym ciałem. Dowódca wychylił kolejny kufel czerwonego wina i wskazał palcem na młodego pułkownika.

- Generale, proszę spojrzeć na mapę. Widzi pan rzekę Stir na południowy wschód od Altdorfu. Myślę, że jeśli tam skoncentrujemy nasze wojska to odniesiemy sukces.

- Ale tam będziemy odsłonięci - wtrącił się do rozmowy siwowłosy weteran. - Na otwartej przestrzeni łucznicy wroga będą mięć ułatwione zadanie. Poniesiemy olbrzymie straty.

- Trudno. To jest moi panowie wojna, a na wojnie trzeba liczyć się ze startami.

- Ale tam stracimy całe oddziały - zaoponował starzec.

- Dlatego właśnie poślemy tam najemników. Im to za jedne dla kogo umierają.

Generałowie przytaknęli zgodnie dowódcy. Starzec pokiwał tylko głową i wyszedł z namiotu wpuszczając przy tym zimny powiew wiatru. Syn grafa pociągnął z kufla siarczysty łyk i zwołał po kolejnego. Generałowi odetchnęli z ulgą, pułkownicy ukłonili się nisko, a majorowie popędzali sługi. Starca już nie było.


***

Życie najemnika nigdy nie było usłane różami. Pracodawcy rzadko się nami przejmują, traktując nas jak mięso armatnie do najcięższych batalii. To najemnicy szli na pierwszy ogień, czekali w zimne grudniowe noce na patrolujące przełęcze jednostki. To najemnicy najciężej oberwali w wielkiej bitwie pod zamkiem Praag, nad rzeką Stir, która po walkach zabarwiła się szkarłatem. Umierali w górach niedaleko Parravonu, krwawili na dalekich wschodnich rubieżach, chorowali pod czas kwarantanny Marienburga, ale to my - najemnicy zmienialiśmy bieg historii.

Pieniądz nie śmierdzi, no może tylko czasem cuchnie, ale za to pozwala przeżyć ciężkie dni na tym ziemskim padole. Życie jest jak cierń w dupie - boli i załazi za skórę. A życie najemnika nie rozpieszcza. Mówią, że żadna praca nie hańbi. To dlaczego patrzą na nas - najemników spod łba. Szepczą po kątach i nie potrafią spojrzeć prosto w oczy. Zabijamy, ale to nie czyni nas gorszy od żołnierzy i walczących chłopów. Wprawdzie zabijamy za pieniądze i nie interesuje nas kto płaci, ale przecież trzeba z czegoś żyć.

Będąc jeszcze młodym smarkiem marzyłem o przygodach, o dalekich podróżach i chwale. Chciałem wyrwać się z wioski i zakosztować światowego życia. Teraz perspektywa ciepła domowego ogniska nie wydaje się taka parszywa. Nieraz tęsknię do chwil spędzonych z ojcem na polowaniach. Może kiedyś i ja będę miał syna. Chciałbym. Nauczyłbym go wszystkiego co umiem i uchronił od mojego losu, jeśli to tylko możliwe. Pamiętam jak kiedyś stary żołnierz powiedział mi, że życie najemnika nie jest pełne splendoru i chwały, że nie znajdę w nim szczęścia, a jedynie rozgoryczenie i śmierć. Nie uwierzyłem.

Napatrzyłem się ja w życiu na śmierć. Częstokroć zaglądała mi w oczy, odbierała przyjaciół i pozbywała się wrogów. Pomyśleć, że po tych wszystkich latach nadal się jej boje. Owszem oswoiłem się z myślą, że kiedyś będę musiał odejść, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz.


Wojna


Wychudzony pies trzymał łeb nisko, tuż przy ziemi, szukając w spalonej trawie kostek i ochłapów mięsa. W powietrzu unosił się swąd palonego ścierwa, zbutwiałych od deszczu desek i grzanego bimbru. Pies przypadł do sterty osmolonych desek unikając wzroku mężczyzn. Bał się, ale pusty żołądek nie dawał za wygraną.

Przeciągły krzyk rozpaczy poderwał z drzew ospałe do tej pory sowy. Tępy trzask i cisza. Pies skulił się w kłębek i zamknął kudłatą łapą uszy. Dygotał. Mężczyźni zahuczeli wesoło i radośnie. Zniekształcony przez wódkę rubaszny śmiech dobiegał z samotnie stojącej stodoły.

Na podłodze z zarzuconą na głowę suknią wiła się i wyginała kobieta. Przywiązane do słupa ręce rozdzierały się od krępujących je sznurów. Krzyknęła, jakby to miało jej pomóc w zrzuceniu z siebie mężczyzny. Trójka pozostałych czekała na swoją kolej, z nudów zajmując się zbitym do nieprzytomności mężem gwałconej kobiety, nie pozwalali mu zamknąć oczu. Ilekroć próbował odwrócić głowę katowali go z całym okrucieństwem na jakich ich tylko było stać. Krzyk kobiety przerodził się w pisk, w żałosny, skomlący pisk.

Pies łykał zachłannie kawałki mięsa rzuconego przez niskiego mężczyznę, ze szramą biegnącą przez smagły policzek. Najemnik podrapał za uchem psa i pogłaskał po zaniedbanej sierści. W między czasie pozostali mężczyźni zdążyli już znudzić się katowaniem męża kobiety.

- Dobry piesek, dobry. Głodny byłeś? Jedz, jedz mały.

- Janek przestań bawić się z tym kundlem i chodź, teraz twoja kolej.

Najemnik obrócił się i spojrzał na nieprzytomną z bólu kobietę. Widział jej pokrwawione ciało, błędne spojrzenie i rozwarte, bezwładne nogi. Nie miała już siły walczyć, leżała bezruchu z zarzuconą pod szyję spódnicą. Jego kolega podciągnął skórzane spodnie i spiął jej grubym pasem.

Janek zajął jego miejsce.


***

Za pierwszym raz płakałem. Łzy spływały mi strużkami po policzkach, koledzy patrzyli na mnie z politowaniem i pogardą. Niektórzy rozumieli, nie było ich wielu. Z każdym razem coś we mnie obumierało, aż w końcu nie czułem bólu, nie czułem niczego. Może to i dobrze, teraz jest mi łatwiej, nie czuje oporu i zażenowania. Po prostu wykorzystuje to, co zsyłają mi niebiosa. Biorę, co dają. Myślisz, że jestem przegrany, że zatraciłem w sobie człowieczeństwo. Mylisz się, ja żyję wolny i nieskrępowany, nic mnie nie ogranicza. Żadne konwenanse, żadne zasady i co najważniejsze czuję się z tym wspaniale.

No dobrze, czasem tylko żałuję, że nie mam nikogo bliskiego, ale to nie jest chyba, aż tak ważne. Prawda?

Pamiętam, jak spaliliśmy wioskę na przełęczy Gwyden. Koledzy z oddziału grabili i palili, zostawiając przy życiu tylko kobiety, dzieci i starców. Grupa ocalałych zebrała się na placu, patrząc na ich płonący dobytek. Widziałem wtedy twarze bezsilnych ludzi i ich rezygnację. Spojrzałem w oczy jakiegoś starca. Były spokojne. Zbyt spokojne. Nie powinienem tego robić... Zapamiętałem te oczy... i wciąż je widzę.

Czasami lubię zadawać ból. Nieraz karciłem się w myślach, ale bez najmniejszego skutku. Widziałem w oczach innych te same myśli i rozterki. Może mi się tylko wydawało, zresztą sam już nie wiem. Kiedy grabiliśmy kościół duszpasterz klął na nas i zaklinał się na wszystkie bóstwa tego świata. Straszył nas swoim bogiem i ogniami piekielnymi. Darł się na całe gardło, że nie godzi się, że nie wolno, gdy zamknęliśmy go na plebani. Wykrzykiwał modlitwy, gdy ogień trawił dach budynku. I kto teraz trafił do piekła?

Może miał i rację, że trafię do piekła. Nie on jeden tak mówił, może jest w tym jakaś prawda, ale jedno wiem na pewno. Nie pójdę tam sam.


Życie


Słońce kryło się za postrzępioną linią wzgórz, za nisko położonymi polami i zwartymi kępami leszczyny obrastającymi ściany doliny. Błyszczały w refleksach świetlnych wartkie strumyki górskie, odbijały promienie słoneczne zamglone szyby odległych chat wiejskich i iskrzyły się z rozległego pola nagie kości poobgryzane przez wilki.

Kobiety z pobliskich osad chodziły wzdłuż szpalerów równo poukładanych ciał i szukały poległych ojców, mężów i synów. Te, które znalazły padały na kolana złorzecząc na parszywy świat i płacząc, przyciskały do siebie martwe ciało bliskiej osoby. Pozostałe szukały zapamiętale choćby wskazówki potwierdzającej, że ukochani żyją i mają się dobrze, że kiedyś wrócą i ucałują, ale rzeczywistość jest inna. Zmarli zawsze czekają na swoich bliskich, zawsze.

Wygłodniałe psy i wrony walczą z szabrownikami o martwe ciała. Młodzi chłopcy i kobiety przeszukują zwłoki licząc na zdatne do użytku buty, koszule i broń, którą przeoczyli poszukujący, z rozkazu dowódcy, żołnierze. Złote zęby i kosztowności padają jako pierwsze, potem towarzyszą im ubrania wierzchnie, a na końcu zabrane zostają racje żywnościowe i skóra poległych.

Noc strażniczka umarłych chroniła ciała przed żywymi szabrownikami, pozwalając swoim dzieciom na żer. Ludzie od zawsze bali się ghuli. Te przerażające potwory grabiły ciała z ich naturalnego prawa do godziwego pochówku. Żywiąc się zwłokami poległych bluźnili przeciw bogom i naturze.

Tam, gdzie panuje głód martwych ciał się nie chowa, ale także nie pozostawia na pastwę niemiłosiernego czasu. Tam, każda ich najmniejsza część jest na wagę złota, gwarantującą życie.


***

Nadal poszukujesz wrażeń i chcesz wyruszyć w daleką podróż? Zaniechaj marzeń o sławie i splendorze. Tego nie da ci życie najemnika. Nasłuchałeś się w dzieciństwie od bajarzy opowieści o dzielnych zawadiakach i sam teraz chcesz takim być. Rzeczywistość jest inna. Jest okrutna, bezmyślna i boli.

Jako najemnik doświadczysz tylko bólu i poniewierki. Będziesz go zadawał i sam cierpiał. Nie pomoże nic. Alkohol i narkotyki tylko stępią ból, a dziwki będą przypominać ci tylko to co utraciłeś.

Posłuchaj mnie. Zostań przy swojej miłości i czekaj na nią, każdego dnia. Bo tylko to jedno uczucie może dać ci prawdziwe szczęście, wszystko inne przy nim przestaje się liczyć. Wszystko inne nie ma znaczenia w jego obliczu.

Ale co ja język strzępie po próżnicy i tak mnie nie posłuchacie. Wszak to, co komu jest przeznaczone i tak się spełni - teraz czy za kilkanaście lat. Zawsze się spełnia.



Do góry




 

Copyright (C) 2002 - 2004 Silva Rerum wszelkie prawa zastrzeżone
MAIL TO WEBMASTER