Silva Rerum

Numer 1 (7) 2004


Menu

Od redakcji
Karczma
Z dziennika
Recenzje
Felietony
Opowiadania


Kantyna

Wstęp
Łatwy zarobek
Echh... husaria


 

 

Echh... husaria, kolos pancerny, na wroga uderzający



Grzesiek Kage Dec


Doigrałem się. Zdradzając się ze swym zamiłowaniem do Dzikich Pól, sam na siebie bacik ukręciłem. Ukochany Rednacz zamówił u mnie artykuł pasujący do tematyki numeru poświęconego różnego rodzaju formacjom wojskowym. O czym więc miałbym pisać, jeśli nie o naszej husarii, roznoszącej w pył wielu wrogów? No i mam czego chciałem.

Nie będę ukrywał - ze względu na GIGANTYCZNOŚĆ tematu, posłużyłem się materiałami zaczerpniętymi z książek i stron www - niech więc ktoś się nie bulwersuje, że na cosik podobnego w odmętach Netu natrafił. Dla szczególnie zainteresowanych podaję źródło: http://husaria1.webpark.pl/ - jest to dla mnie najbardziej profesjonalna strona w Sieci, poświęcona temu tematowi. Autor ( WUJEK_OLEK ) zresztą też przyznaje się do korzystania z licznych źródeł. Tym niemniej - zrobił kawał wspaniałej roboty, chylę przed Nim czoła i ani mi w głowie "zagarnięcie praw autorskich".


Historia


Początków husarii należy szukać na przełomie XV i XVI wieku. Wyraz "usar" lub "gusar" oznacza w języku serbskim konnego rycerza - świadczy to niewątpliwie, iż protoplastami naszych husarów byli Serbowie. Służyli oni jako zaciężna jazda za pieniądze - ich żołd wynosił sześć złotych za konia na kwartał.

Zaciężni Serbowie i Węgrzy służący po "usarsku" w początkach XVI wieku walczyli bez jakiegokolwiek uzbrojenia ochronnego, wyjątkowo - w lekkich pancerzach. Z stosowania lżejszego uzbrojenia ochronnego, szczególnie w walce z szybkimi Tatarami, wynikało wiele korzyści. Dlatego wielu ówczesnych polskich rycerzy zrzuciło ciężką zbroje i przywdziewało lekki pancerz albo walczyło bez niego, posługując się tylko tarczą do ochrony. Jednocześnie podpatrzyli rycerze u Raców i dość szybko przyjęli inną specyficzną broń: "drzewo" - tj. lekką kopię stosowaną do impetycznego ataku w galopie.

Za prawdziwego twórcę husarii, już jako odrębnego i specyficznego rodzaju jazdy polskiej, uważa się Stefana Batorego. On to wprowadził podział na chorągwie husarskie i wyposażył je w coraz cięższe uzbrojenie. Husaria zaczęła święcić triumfy. Triumfowała na polach Lubieszowa w 1577 r. nad niemieckimi najemnikami Gdańska, Byczyny w 1588 r. nad wojskami arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, Kokenhausen w 1601 r. i Kircholmem w 1605 r. nad Szwedami, Kłuszyna w 1610 r. nad wojskami moskiewskimi i najemnymi, Chocimia 1621 r. nad Turkami, Martynowa w 1624 r. nad Tatrami.

Husaria była w pewnym sensie wojskiem elitarnym. Służyli w niej głównie synowie zamożnych szlachciców, których stać było na zapewnienie całego, kosztownego ekwipunku. Służba w chorągwiach husarskich była dla każdego szlachcica niewątpliwą nobilitacja. Husaria to fenomen na skalę światową, występowała tylko w Polsce, ale to nie znaczy, że to powód do dumy tylko dla Polaków. Służyli w niej bowiem zarówno Polacy jak i również Litwini i Rusini.

Husaria brała udział we wszystkich niemal większych bitwach stoczonych przez wojska Rzeczypospolitej XVI i XVII wieku. Husaria nie miała równego sobie przeciwnika wśród jazdy innych państw. Uderzenia husarii w cwale nie wytrzymywali Tatarzy, jazda moskiewska, spahia turecka ani kawaleria typu zachodniego (rajtaria). Długo też nie była w stanie oprzeć się husarii żadna piechota: janczarze tureccy, moskiewscy strzelcy, czy piechota zachodnioeuropejska, np. szwedzka z czasów Karola Sudermańskiego. Dopiero reformy Gustawa Adolfa spowodowały, że szansę jej rozbicia zmalały, sukces był możliwy jedynie za cenę dużych strat. Trudnym przeciwnikiem była także piechota kozacka, szczególnie gdy broniła się w oszańcowanym taborze. Jedną z ostatnich bitew, w której Rzeczpospolita wystawiła husarię w większej liczbie była bitwa pod Kliszowem w 1702 r. Ponieśliśmy wtedy klęskę, która spowodowana była przede wszystkim co prawda rozgrywkami politycznymi między hetmanem Lubomirskim a Augustem II Sasem, ale był to faktyczny koniec wykorzystywania husarii na wielka skalę. Związane to było z zastosowaniem karabinów skałkowych, które czyniły rozbicie szyków piechoty, prawie że niemożliwymi. Mimo wszystko w bitwie pod Kliszowem husaria rozniosła w pył cała jazdę szwedzką, wiodła więc nadal prym wśród kawalerii.

Ostateczny koniec husarii nastąpił w 1776 r. , kiedy to sejm zadecydował o powstaniu z chorągwi husarskich i pancernych - brygad kawalerii narodowej.


Uzbrojenie


Kopia

Pierwowzorem dla kopii husarskiej była, lekka, wiotka i długa na ok. trzy metry kopia węgierska. W Polsce pojawiła się ona na początku XVI wieku. na jej drzewcu, wykonanym z jodłowego drzewa znajdowała się bliżej tylca duża kula dla przesunięcia środka ciężkości, naprzodzie zaś czworokątny grot o długości kilkunastu centymetrów oraz proporzec. Długość kopii husarskiej wahała się od 4,5 do 5 metrów, a wyjątkowo dochodziła nawet do 5,5 metra. Dłuższa od około 15 metra od kopii znanej z średniowiecza, była od niej znacznie lżejsza. Drzewce kopii sporządzano najczęściej z osika (drzewo lekkie, kruche i łatwo dające się drążyć).

Kopia zakończona była ostrym, stalowym grotem długości ok. łokcia, w przekroju o kształcie czworograniastym, trójgraniastym lub okrągłym. Dla usztywnienia kopii biegły od grotu na długości ok. półtora łokcia dwa mocne pręty (żelazne pióra). Służyły one do ochrony przed cięciem szabli. Ponadto kopie w celu ich wzmocnienia były często oplecione rzemieniem i oblane smołom. Tylny koniec kopii nigdy nie był okuty. Drzewce kopii przeważnie malowano na różne kolory, przyjęte dla danej chorągwi. Na czubkach kopii wszystkich chorągwi przypięte były proporce. Proporce były zawsze dwubarwne: biało-czerwone, niebiesko-zielone lub czarno-białe, długości 4-5 łokci. Uważa się, że proporce nietylko zdobiły, lecz także służyły do straszenia koni nieprzyjaciela.

Kopie husarskie były bronią używaną do ściśle określonego cele, którego nie mogła żadna inna broń osiągnąć: do przełamywania zwartych czworoboków pikinierów i innych zwartych szyków piechoty i jazdy. Przy starciu kopie zwykle łamały się i były porzucane przez husarzy - służyły zatem do jednorazowego użytku.

W szyku bojowym czy tez na paradach wojskowych husarze trzymali kopie osadzone w tulejce rzemiennej przy prawym strzemieniu, przymocowanej do kuli siodła. Przy dalszych przemarszach kopie, podobnie jak zbroje husarskie i długa broń palna, wożono na wozach poszczególnych pocztów.


KONCERZ


Koncerz wywodzi się od miecza. Używane w Polsce w XV i w pierwszej połowie XVI wieku koncerze miały około 1,3 metra długości, były ciężkie i niezbyt dobrze wyważone. W drugiej połowie XVI i w XVII wieku używano koncerzy z głowniami o przekroju trój- lub czworokątnym (wyjątkowo płaskich) i z różnymi rękojeściami. Wszystkie one były już dużo lepiej wyważone, dość lekkie, a zarazem długie na około 1,6 metra. Użyteczna długość broni, licząc wraz z wyciągniętą ręką, równała się mniej więcej lancy.

Pochwy koncerzy o przekroju prawie okrągłym były drewniane, powleczone czarną skorą i zaopatrzenie w żelazne okucia. Na ogół koncerze nie były ozdobne, używano jednak i bardzo bogato na sposób wschodni zdobionych. Te miały pochwy całkowicie lub częściowo metalowe, a cała oprawa klingi była zwykle srebrna złocona, grawerowana i wysadzana półszlachetnymi kamieniami.

Koncerze, jako broń używana tylko w walce z konia, umieszczone były pod tybinką siodła z lewej lub prawej strony. Był dla naszej husarii bronią pierwszorzędnego znaczenia szczególnie w walce zwartą masą po skruszeniu kopii lub wtedy, gdy występowano bez kopii.


Pałasz


Była to długa broń sieczna o głowni szerokiej, prostej lub niemal prostej, przeważnie jednosiecznej, z rękojeścią typu szablowego. Wcześniejsze pałasze polskie miały rękojeść półotwartą specjalnego rodzaju z kabłąkiem wygiętym esowato. Trafiały się też ozdobne okazy oprawione w tradycyjną rękojeść mieczową o krzyżowym jelcu. Później przyjęła się rękojeść zamknięta - taka sama jak u polskiej krzywej szabli. Długie, proste i ciężkie pałasze lepiej od koncerzy służyły w walce z okrytą blachami zbroi ciężką jazdą zachodnią XVI i początków XVII wieku. Później, gdy rajtarzy zrzucili zbroje, w walce z nimi, podobnie jak w walce z przeciwnikiem orientalnym (często okrytym kolczugami), odpowiedniejszy był koncerz.


Broń palna


Pistolety wprowadzono powszechnie w husarii już w 1576 r. Pistolet w całej naszej kawalerii wprowadzono przede wszystkim jako broń skuteczną w walce z Tatarami, którzy początkowo panicznie bali się ognia broni palnej. Strzelano z bardzo małej odległości, by zadać przeciwnikowi jak największe straty i salwą wywrzeć na nim maksymalne wrażenie. Tylko czasami husarze pozostawiali nabite pistolety, użyć ich po natarciu głównym jako pewnego rodzaju wsparcie ogniowe dla koncerza lub szabli. Ponowne nabijanie pistoletu w zgiełku bitewnym, do tego siedząc na koniu, nie było możliwe.

W okresie istnienia husarii wszelką broń palną podzielić można pod względem stosowanych zamków na trzy zasadnicze rodzaje: lontową, kołową oraz najnowocześniejszą skałkową (kwestia ta jest bardzo złożona i poruszę ją jedynie na wyraźne życzenie Czytelników).

Długiej broni palnej husarze początkowo nie używali, zaopatrywać się w nią zaczęli z biegiem czasu. Traktowano ją jednak nadetatowo i o jej posiadaniu w danym poczcie decydowała wyłącznie indywidualna inicjatywa towarzysza. Sięgano po nią tylko wówczas, gdy okoliczności zmusiły husarzy do walki pieszej, na przykład przy obronie taboru. Ale nawet wówczas, gdy husaria zmuszona była do walki niezgodnej z jej zasadniczym przeznaczeniem, wyżej (przynajmniej we wcześniejszym okresie) ceniono łuk jako broń bardziej szybkostrzelną i mającą zastosowanie zarówno w szyku pieszym, jak konnym, lepiej także znaną i bliższą Polakom.


Łuk


W Polsce łuk typu zachodnioeuropejskiego był powszechną bronią już w czasach słowiańskich i używano go w wojsku przez całe średniowiecze. Najlepsze łuki robiono z cisu, a strzały ze świerku. Od wieku XV Polacy zaczynają przyjmować do swego uzbrojenia typ łuku wschodniego - tzw. łuk odwracalny (refleksyjny), który w stanie nie napiętym jest wygięty w jedną stronę, a napięty zaś w przeciwną. Chcąc założyć cięciwę należało go wygiąć w kierunku odwrotnym do położenia w stanie spoczynku. Tego rodzaju konstrukcja umożliwiała nadanie wypuszczonym strzałą ogromnej prędkości początkowej, co pozwalało na osiągnięcie znacznej donośności. Wymagała jednak doskonałego materiału (łuki te robiono z rogu) i precyzji wykonania. Łuki typu wschodniego były mniejsze od używanych na Zachodzie - lżejsze zatem i wygodniejsze w użyciu. Nic więc dziwnego, że ten właśnie typ łuku przyjęły powszechnie nasze chorągwie lekkie i pancerne w XVI i XVII wieku.

Donośność łuku odwracalnego dochodziła w sprzyjających warunkach aż do 800 metrów (bojowa donośność łuku była oczywiście znacznie mniejsza). Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że współczesna broń myśliwska o kalibrze 18,7 mm i gładkiej lufie ma zasięg zaledwie 600-700 metrów, to przyznać trzeba, że donośność tego rodzaju łuku była rzeczywiście imponująca. Pod względem zaś szybkostrzelności łuk wielokrotnie przewyższał każdą broń palną, używaną w Europie, nawet do połowy XIX wieku. Wprawny łucznik potrafił wypuszczać do 12 strzał na minutę.


CZEKAN


Jest rodzajem małego toporka, którego obuch wydłuża się w młotek. Drzewce czekanów robiono z mocnego, twardego drzewa, luksusowe czekany były wykonane z mahoniu. Najczęściej spotykane i najbardziej lubiane były czekany o drzewcu tak długim, żeby mogły służyć za laskę do wygody, a jednocześnie dla bezpieczeństwa. Niektóre z nich miały przy dolnym końcu drzewca kolec pozwalający na użycie broni tej nie tylko do uderzenia, lecz i do kłucia. Czekany, nadziaki i im podobna broń obuchowa były przez krótki okres używane w wojskach zachodniej Europy w celu rozbijania zbroi rycerskich. W Polsce czekany spotykało się czasem w uzbrojeniu żołnierzy jazdy jeszcze do połowy XVIII wieku, choć ich zastosowanie w walce było z pewnością minimalne, szczególnie przy takiej obfitości broni białej jak w husarii (kopia, koncerz, szable).


Taktyka


Równolegle z doskonaleniem broni palnej ukształtowały się w Europie w ciągu XVI wieku nowe rodzaje wojsk, nowe typy ugrupowań oddziałów i nowa taktyka.

Powszechnie zaczęto stosować różnorodne, często dosyć skomplikowane systemy walki ogniowej. Jeden z nich wyglądał następująco: żołnierze-strzelcy ustawieni byli w określoną liczbę szeregów, w czasie walki pierwszy szereg dawał salwę, potem odchodził do tyłu w celu przygotowania broni do następnej salwy. Odchodzenie do tyłu (wykonywane na równe sposoby) nazywano kontramarszem. Manewr ten powtarzały wszystkie następne szeregi. Pozwalało to zapewnić względną stałość i regularność ognia.

System ten szybko znalazł zastosowanie również w zachodniej kawalerii jako tzw. karakol (franc. caracolle - ślimak). W jeździe miał on także różnorodne formy. Oprócz odpowiedników kontramarszu były też formy prostsze - specyficzne dla jazdy. Na przykład: trzy szeregi rajtarów podjeżdżały do nieprzyjaciela na odległość pewnego strzału pistoletowego i zajeżdżając w lewo strzelały z prawej ręki, po czym w miejscu zawracały w prawo i dawały ognia z lewej ręki, a następnie odchodziły do tyłu. Żołnierze tylnych szeregów - drugiego i trzeciego, mogli strzelać pomiędzy lukami, gdyż szyk był zazwyczaj luźny, z odstępami przynajmniej na długość konia. Po takim ogniowym napadzie podjeżdżały do nieprzyjaciela trzy następne szeregi.

Różne formy kontramarszu i karakolu nie zmieniały nigdy samej istoty walki, w której wszystko było dostosowane do maksymalnego wykorzystania ognia - podstawowego czynnika bojowego (w ujęciu całej ówczesnej sztuki wojennej Zachodu).

Najbardziej charakterystyczną cechą ówczesnej armii zachodniej były potężne czworoboki piechoty, złożone z muszkieterów i pikinierów. Każdy regiment - oddział piechoty typu zachodniego, składał się zawsze z tych dwóch rodzajów żołnierzy. Muszkieterzy prowadzili walkę ogniową stosując różne formy kontramarszu, pikinierzy, uzbrojeni w spisy długości ok. 5 metrów oraz rapiery, stanowili osłonę przed atakiem jazdy. W momencie ataku jazdy na regiment pikinierzy skupiali się w ciasny szyk, wbijając końce swoich pik w ziemię przy prawej, do tyłu odsuniętej stopie i pochylali ostrza w kierunku nadbiegających koni nieprzyjacielskiej jazdy celując w ich piesi.

Rzeczpospolita, ze względu na rozległość swego terytorium, prowadziła wojny niemal wyłącznie kawalerią. Działająca na olbrzymich przestrzeniach kawaleria polska i litewska nie mogła liczyć na poważniejsze wsparcie nielicznej piechoty i słabej artylerii, a walczyła z nieprzyjacielem bardzo różnorodnym: lekką i ruchliwą jazdą jak Tatarzy i Wołosi, ciężką jazdą rajtarską oraz wyborową piechotą szwedzką, niemiecką, turecką. Nasza jazda narodowa musiała tedy posiadać różnorodne umiejętności: to uganiała się za lotnym i wszędobylskim Tatarzynem, to łamała żelazne czworoboki doskonałej piechoty. Dlatego kawaleria polska i litewska obok wielkiej lotności zmuszona była zdobyć się również na wielką siłę uderzeniową. Toteż kiedy nasza myśl wojskowa natrafiła na problem, który zaistniał na zachodzie: jak dostosować działania kawalerii do zmienionego przez upowszechnienie broni palnej pola walki, rozwiązała go w sposób zupełnie odmienny i, jak się okazało, doskonały.

Z doktryną taktyczną szła w parze kawaleryjska doktryna organizacyjna. Powstały i ostatecznie się wyodrębniły różne rodzaje jazdy o ściśle określonych zadaniach taktycznych. Każdy rodzaj kawalerii miał specjalna rolę i bojowe przeznaczenie. Husarze stanowili silę uderzeniową. Zadaniem ich było przede wszystkim łamanie szeregów nieprzyjaciela w rozstrzygającej chwili bitwy. Spadali jak burza całym ciężarem swej masy i impetu, a skruszywszy w pierwszym starciu kopie walczyli na koncerze i szable. Jazda kozacka, jako kawaleria średnio uzbrojona, była odpowiednia zarówno do wykonania uderzenia (wsparcia), jak i do manewru, a także do służby rozpoznawczej i ubezpieczeniowej, a w razie potrzeby do harców. chorągwie lekkie (wołoskie, tatarskie, lisowczyków) nadawały się znakomicie do pełnienia służby rozpoznawczej, zdobywania języka i prowadzenia wojny podjazdowej; w bitwie one zwykle zaczynały walkę, a później realizowały głębokie obejścia na skrzydła i tyły nieprzyjaciela, wreszcie - niezrównane były w pościgu. W bitwie wszystkie rodzaje jazdy polskiej współdziałały ściśle ze sobą, a także z innymi formacjami, w myśl jednolitego planu, który tworzył wódz - hetman.

Polska kawaleria nie przyjęła nigdy jako zasady rajtarskiej taktyki karakolu. Zachowała białą broń, a walka konna wręcz była podstawą jej taktyki.

Jazda polska i litewska szykowały się do bitwy przeważnie w dwie lub trzy linie. Niemal nigdy nie atakowano bez drugiej linii. Pokazują nam to źródła ikonograficzne. Na niektórych obrazach i sztychach widać tych linii znacznie więcej: pod Kłuszynem (1610 r.) - pięć rzutów, pod Żarnowcem (1656 r.) także pięć, a pod Warszawą (1656 r.) aż dwanaście. Jazdę formowano głęboko, albowiem przy płytkim uszykowaniu była mało odporna na uderzenia wroga na skrzydła.

Poszczególne linie szyków nie były ciągłe - wbrew temu co pisał Konstanty Górski w Historii jazdy polskiej. Stanowiły one przeważnie luźny łańcuch frontów przedzielonych znacznymi lukami. Pomiędzy chorągwiami zostawiano najczęściej odstępy na długość frontu chorągwi. Front staropolskiej chorągwi liczył (w jednej linii) do 50 koni. Jeżeli przyjmiemy, że przy maksymalnym ścieśnieniu w boju w momencie starcia z wrogiem husarz zajmował przestrzeń wynoszącą około 1,5 metra, to front chorągwi jazdy, w tym także i roty husarskiej, wynosił mniej więcej 75 metrów.

Luźne łańcuchy chorągwi jazdy polskiej ustawiały się przeważnie w szyku przypominającym szachownicę. Świadectwem tego są źródła ikonograficzne, mówią o tym także między innymi artykuły wojskowe Floriana Zebrzydowskiego, pochodzące z połowy XVI wieku. Stosując szyk w szachownicę Polacy ustawiali chorągwie kozackie na zmianę z husarskimi. Wówczas husarze stawali w pierwszej linii, a kozacy w dalszych. Tak uszykowana jazda uderzała między innymi pod Gniewem w 1626 r., Żarnowem w 1655 r.. Warszawą w 1656 r., pod Połonką i nad rzeką Basią w 1660 r.

Umieszczanie husarzy w pierwszej linii, a kozaków w dwóch następnych, pozwalało uderzać na przemian raz kopią, raz ogniem. Wykorzystywano w ten sposób wszystkie walory jazdy: impet uderzenia na białą broń i nagłe napady ogniowe. W okolicznościach specjalnych, gdy być może liczono się z niepowodzeniem pierwszego uderzenia, kozacy szli pierwsi. Na przykład pod Bołchowem w 1611 r. kozacy szarżowali w pierwszym rzucie, a husarze ,,w posiłku". "... Nie wytrzymali [przeciwnicy - przypis autora] naszym i podali tył, a nasi też na nich wsiedli dobrze. Posiłek leż husarski i on trzeci hufiec tuż za nimi w sprawie na przecwał następował tak, że gdy albo nasi słabiej poczęli, albo Moskwa poprawiać się chciała, co zajrzeli kopii, to dalej uciekać musieli, a naszym co i też grzbietu pilnowali, serca przybywało, kiedy za sobą posiłek widzieli".

Poczet towarzyski w husarii stanowił najmniejszą jednostkę organizacyjną, szkoleniową, gospodarczą i bojową. Organizacyjnie poczet husarski, złożony z towarzysza i jego pocztowych, był odpowiednikiem taktycznym dzisiejszej drużyny. Towarzysz był dowódcą, a pocztowi - podporządkowanymi mu szeregowymi żołnierzami.

Gdy chorągiew husarska szykowała się do bitwy, przeważnie na jej czele w pierwszym szeregu stawali towarzysze, a za nimi w szeregach pocztowi. Sprawa właściwie zorganizowanego pocztu była bardzo ważna, ponieważ husaria uderzała w szykach zwartych i w czasie bitwy pomagał każdy każdemu jak obecnie, a nie jak w średniowieczu, kiedy to rycerz w towarzystwie giermka i swoich sług walczył niemal zupełnie samodzielnie, bez współdziałania z innymi rycerzami. Dlatego bitwy średniowieczne przedstawiały zbiór wielu pojedynków rycerzy obu stron. Wtedy gdy husaria święciła swoje triumfy, na polach bitew walczyły kierowane masy wojsk, a wyspecjalizowane formacje stosowały różnorodne manewry i używały różnorakiej broni. Dlatego husarski poczet nie walczył już średniowiecznym systemem pojedynkowym, lecz występował jaku cząstka taktyczna w ramach chorągwi. W tym sensie poczet husarski stanowił jedynie przykład zachowanego z czasów średniowiecznych schematu organizacyjnego, odpowiednio przetworzonego w nowych warunkach walki.

Poczet husarski był doskonale zgrany, znakomicie współpracujący i rozumiejący się w boju, ze względu choćby na małą liczebność, dużą stabilność składu personalnego i znakomitą znajomość wzajemną jego członków. Uzbrojenie towarzyszy i pocztowych w husarii nie różniło się w zasadzie niczym, jeśli idzie o jego rodzaj i przeznaczenie. Z tego względu towarzysze i pocztowi husarscy mogli być używani na polu bitwy w identycznych rolach. Pocztowy i towarzysz jednako nacierali z kopią, a potem używali koncerza, szabli, pistoletów czy łuku. Gdy walczono w nietypowych dla husarii warunkach, na przykład w obronie taboru, towarzysze i pocztowi wspólnie odpierali wroga ogniem z muszkietów i pistoletów.

W całej jeździe polskiego autoramentu brak było pośredniego szczebla między pocztem i chorągwią. Zdarzające się w bitwach wypadki wyodrębniania także w ramach chorągwi husarskich mniejszych pododdziałów były raczej wyjątkowe; zawsze grupy te tworzone były ad hoc i wyłącznie do realizacji konkretnych w danej bitwie celów. Wobec tego przed walką zachodziła konieczność dość szczegółowego informowania przez naczelnego wodza wszystkich towarzyszy (jako dowódców pocztów) o planowanych sposobach rozstrzygnięcia bitwy, a także o szczegółowych zadaniach danej chorągwi. Przekazy źródłowe z epoki pozwalają twierdzić z całą stanowczością, że towarzysze byli szczegółowo informowani przed bitwą o planach i sposobach ich realizacji przez wodza. Tak było między innymi pod Kircholmem w 1605 r.

Husarię określa się jako jazdę przełamującą, najczęściej trzymaną w odwodzie do rozstrzygnięcia bitwy jednym uderzeniem na wprost, dokonywanym w cwale.

To słuszne, choć skrótowe, określenie podstawowego celu bojowego husarii nie oznacza, iż atak taki zawsze doprowadzał do rozbicia czy rozproszenia oddziału przeciwnika.

W wielu wypadkach, z powodu różnorakich przeszkód i trudności (na przykład szczególnie niekorzystnych warunków terenowych umocnionej pozycji wroga), husaria, aby osiągnąć sukces musiała kilkakrotnie atakować szarżą to samo ugrupowanie wroga w danej bitwie. Na przykład w bitwie pod Kłuszynem w 1610 r. niektóre chorągwie husarskie dopiero w dziesiątym ataku przełamały uporczywą obronę wroga. Przykłady można mnożyć. Być może, gdyby dokonano w tym aspekcie analizy statystycznej bitew stoczonych z udziałem husarii, okazałoby się, że więcej było ataków falowo powracających (jak umownie określimy owe ponawiane próby ataków przełamujących) niż od razu skutecznie przełamujących. Nie przesądza to wszelako o charakterze bojowym husarii jako odwodowej jazdy przełamującej. W żadnym razie nie można sugerować wniosku, iż skoro w bitwach zdarzały się często (może nawet przeważnie) falowo powracające ataki husarii, to były one typowe dla taktyki tej jazdy. Celem typowym bowiem każdego natarcia husarii w bitwie było zawsze przełamanie wroga uderzeniem czołowym w cwale. Nie zawsze, oczywiście, przełamanie mogło się udać za pierwszym razem; nieraz wobec uporczywej obrony ataki były ponawiane wielokrotnie.

Po udanym ataku przełamującym i całkowitym przebiciu się przez szeregi nieprzyjaciela zawracano konie i atakowano w odwrotnym kierunku.

Aby przełamujący atak husarii był skuteczny, musiało zaistnieć i jednocześnie zadziałać w bitwie wiele elementów.

Wykonanie skutecznej szarży zapewniały husarii: kopie, konie, umiejętności indywidualne żołnierzy i ich zgranie bojowe oraz taktyczne rozwiązanie ataku, polegające na sformowaniu najodpowiedniejszych w danych okolicznościach szyków. Szarżowała przecież husaria także na czworoboki piechoty składające się w części ze strzelców prowadzących ogień z muszkietów pod komendą dowódcy. Skuteczność ognia muszkieterskiego na polu bitwy była jednak ograniczona. Skomplikowany mechanizm samego muszkietu przedłużał czas ładowania broni do dwóch minut, nawet w tak znakomicie wyszkolonej piechocie, jak szwedzka Gustawa Adolfa, a muszkiety dawały przy strzale znaczny rozrzut. Mimo wszystko nacierająca husaria stanowiła duży, aczkolwiek szybko posuwający się cel. Szczególnie na ogień muszkietów narażone były konie atakującej jazdy. Rzadkością był jednak celny strzał z muszkietu w bitwie z odległości większej niż sto metrów. Pędząca zaś cwałem, z szybkością około 40 km na godzinę, chorągiew husarska przebywała ostatnie sto metrów dzielące ją od piechoty w czasie 9-10 sekund. Piechota mogła więc oddać do koni atakujących husarzy co najwyżej jedną skuteczną salwę. Musiał wszakże regiment pozostawić sobie czas na wykonanie bynajmniej nie prostego przeformowania - wysunięcia względnie ciasno uformowanych pikinierów, którzy mieli jeszcze wbić końce pik w ziemię. Druga salwa z kontramarszu była ryzykiem, ponieważ pikinierzy mogliby nie zdążyć zastawić czworoboku, a wtedy - w razie nie załamania się ataku husarii po salwach muszkietowych - los regimentu bywał zwykle przesądzony. Czworobok piechoty bez zasłony pikinierów musiał być natychmiast rozbity przez szarżującą husarię.

Ogień muszkietów bywał jednak dla husarskich rumaków groźny do tego stopnia, że hamował lub nawet zatrzymywał szarżę. Dlatego husaria W celu osłabienia skutków ognia muszkietowego stosowała w czasie szarży specjalne ewolucje, polegające najogólniej na ścieśnianiu i rozszerzaniu szyku.

Husarskie chorągwie imponowały jeszcze jednym kunsztem - potrafiły w trakcie ataku, w galopie, szeregi swoje (już skupione) ponownie rozluźniać. Komenda do rozluźniania szyków wydawana była przez dowodzącego chorągwią w szarży najczęściej w obliczu ponownego zagrożenia przez ogień nieprzyjacielski. Zawsze jednak w momencie dosięgania nieprzyjaciela husaria starała się atakować cwałem i w zwartych szeregach.

Ewolucje rozszerzania i zwężania szyków były stosowane przez husarzy w walce z różnymi przeciwnikami, nawet w walce z Tatarami nie używającymi broni palnej.

Niesłuszne jest mniemanie, że jazda wschodnia była jazdą prymitywnie walczącą i słabo uzbrojoną. Bywała przeciwnikiem dla polskich chorągwi jazdy ogromnie trudnym, choćby z tego względu, że walczyła także manewrem, atakowała w cwale, i to na świetnych koniach, a znajomość ewolucji kawaleryjskich opanowała znakomicie. Rozszerzenie szyków husarskich w trakcie ataku na Tatarów miało na celu osłabienie skutków ostrzału z łuków, w które jazda tatarska była powszechnie uzbrojona i których znakomicie i skutecznie używała. Atak na Tatarów broniących się ostrzałem z łuków mógł okazywać się dla husarii nieraz trudniejszy niż na inne wojska, jako że luk był bardziej szybkostrzelny niż jakakolwiek ówczesna broń palna (o czym szerzej pisaliśmy wcześniej). Zatem dopiero w bardzo malej odległości od szyjącej z luków jazdy tatarskiej mogła rota husarska ścieśniać szeregi, aby uderzyć zwartą masą. Tym bardziej że jazda tatarska potrafiła używać skutecznie swych łuków nawet w ucieczce, prawdziwej lub symulowanej. Oczywiście (dodajmy) do złamania ćmy lekkiej jazdy tatarskiej nie było potrzebne aż tak maksymalne zwarcie szeregów, jak przy ataku na wyborowe regimenty piechoty zachodniej.

Husaria była jazdą niesłychanie wszechstronną bojowo, rzec można niemal uniwersalną w swoich czasach. Jednocześnie była jazdą specyficzną, wyspecjalizowaną do pewnych celów bojowych: do wykonywania przełamujących ataków. Realizacji tego celu służyła głównie specyficzna broń husarzy, nie znana zupełnie innym rodzajom ówczesnej kawalerii - kopia husarska.

Celem najgłówniejszym szarży husarii z kopiami stało się 7, czasem przełamywanie czworoboków muszkietersko-pikinierskiej piechoty typu zachodniego, zatem oddziałów tej formacji, która w dobie fascynacji siłą ognia w Europie Zachodniej uznawana była za najgroźniejszy rodzaj wojska. Upraszczając nieco problem dla jasności powiedzieć można, iż kopia była skonstruowana tak, by husarze mogli pokonywać także wszechwładną broń palną (aczkolwiek nie była planowana i konstruowana w tym celu). Użycie zaś jej było tak znakomite, że faktycznie często kopia husarska zwyciężała muszkiet.

Szarżujący galopem na masy jazdy tatarskiej husarze zazwyczaj dobywali od razu koncerzy. Koncerze były, podobnie jak kopie, bronią osobliwą i specyficzną dla husarii. Najgłówniejszym celem bojowym husarskiego koncerza była walka z przeciwnikiem chronionym kolczugą. Takie przeznaczenie koncerza wynikało także z jego konstrukcji. Wykonany był zwykle ze znakomitej stali i miał bardzo ostro zakończony koniec. Cienki, ostry koniec koncerza skierowany przez atakującego liusarza w pierś przeciwnika ześlizgiwał się zawsze ze spojeń kolczugi i wchodził w najmniejsze nawet oka stalowych koszul. Wbijany dalej w pędzie koncerz rozrywał ochronę i dosięgał wroga.

We wszystkich pułkach kawalerii II Rzeczypospolitej do 1939 r. szkolono żołnierzy w kilku podstawowych cięciach szablami, ćwicząc na tzw. łozach i gomułach. Należy przypuszczać, że podobnie cięli wroga husarze atakując z szablami w dłoniach; mogli jedynie robić to znacznie lepiej stosując więcej różnorodnych cięć i odbić, ponieważ byli zawodowymi wojskowymi, a nie poborową armią.

Husarze przyjęli i zastosowali najlepsze wzorce techniki i taktyki wojskowej Zachodu i Wschodu. Dzięki temu wobec każdego wroga mieli jakiś element przewagi. Niemiecką piechotę i szwedzkich rajtarów pokonywali kopią, ruchliwością i manewrem. Tatarów miażdżyli ogromną przewagą uzbrojenia i niekiedy ogniem broni palnej. W taki sposób walcząca i tak uzbrojona jazda nic miała w okresie swej świetności równego sobie przeciwnika.

Na skuteczność ataku husarii składały się zawsze, bez względu na nieprzyjaciela: konie, broń, morale żołnierzy, wyszkolenie indywidualne husarzy, pocztu i całej roty. Najbardziej oczywista wydaje się niezmiernie wysoka indywidualna sprawność bojowa husarzy w okresie świetności tej jazdy. Każdy niemal szlachcic polski w końcu XVI i na początku XVII wieku wynosił z rodzinnego domu wysokie umiejętności jeździeckie, sztukę robienia szablą i celnego strzelania (a także obsługiwania) z każdej broni parnej od pistoletu i hakownicy do muszkietu włącznie. Obowiązujący powszechnie szlachtę w ówczesnej Rzeczypospolitej zwyczajowy model edukacyjny zmuszał każdą rodzinę do wyposażenia męskich potomków wszechstronnie w żołnierskie umiejętności. Stopniem ich opanowania młodzian szlachecki przewyższał zapewne cudzoziemskiego oficera. Nie tylko zresztą czysto wojskowe umiejętności musiał syn szlachecki sobie przyswoić. Obowiązywało ogólne wykształcenie renesansowe, zatem znajomość literatury, języków, dziejów własnych i obcych państw itp. Ogólne wykształcenie umysłowe wywierało znaczny (acz pośredni), pozytywny wpływ na siłę państwa, a zatem na stan jego wojskowości. D^i(;ki dość długo utrzymującemu się swoiście paramilitarnemu modelowi edukacji cały stan szlachecki miał nabyte w wysokim stopniu indywidualne umiejętności wojskowe. Nic też dziwnego, że jeszcze w 1654 r. pod Beresteczkiem nawet pospolite ruszenie szlacheckie dobrze w boju stawało.

Poziom wyszkolenia żołnierzy w zawodowych, nielicznych wojskach Rzeczypospolitej był bardzo wysoki, a przecież najlepszy materiał ludzki szedł do chorągwi husarskich, najczęściej po przesłużeniu jakiś czas w innych znakach jazdy narodowego autoramentu.

(Również i kwestia taktyki, ze względu na rozmiary Silva Rerum, musiała zostać potraktowana skrótowo, gdyż - wierzcie mi - temat jest BARDZO OBSZERNY).


Konie


Najdzielniejsza, najlepiej zorganizowana, wyszkolona i uzbrojona kawaleria nigdy nie mogłaby wykazać wysokiej wartości bojowej bez dobrych koni.

Czy takiego konia husarskiego, stanowiącego ideał bojowego wierzchowca, w Polsce hodowano? Gzy udawało się przynajmniej w jakimś stopniu uzyskiwać w zwierzęciu te - na ogół wykluczające się - przymioty? Zagadnienie to jest niezmiernie ciekawe nie tylko z punktu widzenia historycznego, lecz i przyrodniczego. Warto tedy szukać odpowiedzi na pytanie, jak wyglądały te konie, oraz no ewentualnie zastanowić się, co wpłynęło na stworzenie owych "żelaznych" polskich hunterów XVII wieku.

Kreśląc na podstawie źródeł historycznych uwagi dotyczące tego przedmiotu musimy przede wszystkim wyrazić pogląd, że przeważającą liczbę wierzchowców całej jazdy polskiej tego okresu, w tym i husarii, stanowiły konie wyhodowane w granicach Rzeczypospolitej. Zaopatrywanie bowiem w owym czasie armii liczącej bądź co bądź od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy kawalerii (łącznic z wojskami prywatnymi) drogą importu byłoby nie tylko niesłychanie kosztowne, ale wprost niemożliwe. Tak liczna i ciągle wojująca kawaleria potrzebowała uzupełnień w wysokości przynajmniej paru tysięcy koni rocznie.

Poważniejsze liczby koni kawaleryjskich importowano do Polski przez pewien okres jedynie z Węgier. Ponadto sprowadzano konie w małych liczbach i bardzo różnorodne do celów specjalnych (do paradnych zaprzęgów, karet itp.) oraz jako materiał zarodowy do stadnin. Zakupy tego rodzaju czyniono w wielu krajach, przede wszystkim na Węgrzech, w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, nawet w Persji, a w okresach pokoju materiał zarodowy sprowadzano również z różnych posiadłości Porty Ottomańskiej.

Konie stanowiły zawsze cenną zdobycz wojenną. Jednak liczba koni zdobycznych nie była tak wielka, aby mogła odegrać znaczniejszą rolę w uzupełnianiu koni naszej jazdy, chociaż zdarzały się między nimi egzemplarze o tak wysokiej wartości hodowlanej, że mogły mieć istotny wpływ na stadniny polskie. Dotyczy to przede wszystkim koni zdobywanych w wojnach z Turcją i Tatarami, bo - według Czapskiego - "w wyjątkowym chyba tylko przypadku niepewnej krwi i dzielności koniowi życie swe muzułmański powierzał wojownik". W częstych wojnach z Turcją i Tatarami mogliśmy zdobywać prawdziwe regeneratory ras wschodnich, które drogą normalnego handlu pewnie nigdy do naszych stadnin by się nie dostały. Przykładem może być zdobyta w czasie odsieczy wiedeńskiej "klacz baszy sylistryjskiego, krwi nadzwyczaj szlachetnej, maści białej a dzielności niesłychanej, która dostała się hetmanowi Jabłonowskiemu i długie lata stada jego wyśmienitym zasilała potomstwem". Takim to właśnie zdobycznym okazom ówczesna hodowla polska zawdzięczała w znacznym stopniu swój wysoki poziom. Jednakże w masie koni kawaleryjskich stanowiły one procent nieznaczny.

Koń bojowy odgrywał wielką rolę w życiu Polaków już w czasach piastowskich. Naruszewicz wspominał o stadach Bolesława Krzywoustego i Kazimierza Wielkiego; z prywatnych stadnin tamtych czasów znane były na przykład stadniny arcybiskupa gnieźnieńskiego i Przecława z Gołuchowa. Ale polska hodowla koni osiągnęła wysoki poziom i nabrała rozmachu dopiero po unii Polski z Litwą, kiedy to Rzeczypospolitej przypadły znaczne obszary stepowe. Kolonizacja południowo-wschodnich ziem posiadających idealne pastwiska, bliska i ciągła styczność ze Wschodem zasobnym w szlachetne rasy koni oraz zamiłowania kawaleryjskie Polaków otworzyły przed hodowlą polską bardzo szerokie i należycie wykorzystywane możliwości. W XVI i XVII wieku hodowla koni w Polsce stanowiła jedną z podstawowych gałęzi życia gospodarczego. Hodowla musiała być opłacalna, skoro powstało powiedzenie, że "kłaczka, pszczółka i pszenica wywiodą z długów szlachcica".

Nie było tedy specjalnej rasy koni husarskich, co więcej - nie było w ogóle rasy koni polskich w obecnym pojęciu rasy. Husarze wojowali więc na różnego rodzaju mieszańcach wyhodowanych w zdecydowanej większości na ziemiach Rzeczypospolitej. Różnice między końmi poszczególnych chorągwi z pewnością były dość znaczne, niemniej przeważać musiał taki typ koni, który najlepiej zdawał egzamin w trudach wojennych. Dlatego ta z ras obcych, która w naszych warunkach hodowla potrafiła kształtować pogłowie w kierunku najbardziej odpowiadającym celowi, wywierała wpływ największy. Di niej więc zbliżała się przeważająca liczba koni polskich.

Jak wyglądały te konie? Dokładniejszych danych, niestety, historia nam nie przekazała. Dopiero v 1858 r. znany miłośnik i znawca koni Spirydon Ostaszewski podał dosyć szczegółowy opis koni "prawdziwie polskich" - jak je określił - których resztki spotykał na Ukrainie w czasach swej młodości: "W początku XIX wieku były konie rosłe, wyniosłe, ogromnej budowy, silne, muskularne, ale nie ciężko zbudowane, ogon długi i gęsty z włosem nieco kędzierzawym, ale nie Hakowatym, grzywa z takiego włosa, długa i cienka, czoło wysokie, głowa wąska a długa i sucha, uszy wąskie, ostro osadzone, u góry ku sobie zbliżone, krzyż o wysokich kłębach na dwoje rozdzielających się. Wspominają jeszcze o nich pod nazwiskiem prawdziwie polskie konie".

Wynika zatem, że na ukształtowanie się tego typu konia wpływ wywarły zarówno konie ciężkie, ogólnie znane w Polsce pod nazwą fryzów (lub frezów), jak też tzw. dzianety andaluzyjskie oraz konie wschodnie, zwykle określane wspólnym mianem tureckich. Czy jednak wpływ fryzów na pogłowie naszych koni w tych okolicach mógł być poważny już w wieku XVII - należy wątpić. Ten sam Ostaszewski pisał, że "rasa polska z przeciągiem wieków kilkakrotnej zmiany doznała w kształtach swoich". Czapski zaś dobitnie wyjaśniał sprawę tzw. rasy koni polskich pisząc: "Choć szlachta zarówno polska, litewska, jak ruska za jedną się uważała rodzinę i była nią rzeczywiście, toć przecie jedności rodu w swych komach zaprowadzić nie potrafiła i o to wcale się nie kusiła" oraz że "Każdy koń na polskiej zrodzony ziemi miał prawo być nazywany polski, ale temu zazwyczaj przed innymi miano polskiego dawano konia, który po szlachetniejszych idąc rodzicach jakiej bądź narodowości posiadał kształty i przymioty przedstawiające największe podobieństwo do kształtów i przymiotów ulubionych w Polsce". Z różnych danych, o których dalej będzie mowa, wynika, że tymi "kształtami i przymiotami", ulubionymi w dawnej Polsce, odznaczały się konie ras wschodnich. Należy więc sądzić, że najcenniejsze konie wierzchowe w Polsce w okresie świetności husarii były bardzo zbliżone do typu wschodniego.

Konie ciężkie natomiast sprowadzać zaczęto do Polski w większej liczbie dopiero w drugiej połowie XVIII wieku. Używano ich powszechnie do ciężkich, zbytkownych karet. Jędrzej Kitowicz pisał, że w późniejszych łatach panowania Augusta III Polacy "zarzucili polskie, tureckie i ukraińskie konie z przyczyny, że do figury karet zbyt wysokich zdawały się małe do wielkiej parady, która wszystkiego wielkiego i ogromnego wyciągała. Więc się udali do wielkich szkap niemieckich, duńskich, meklemburskich, pruskich, saskich jako też i hiszpańskich".

Hetman Jan Karol Chodkiewicz w swej korespondencji wiele miejsca poświęcał koniom. W listach nakazywał zakupywanie różnych koni do swej prywatnej stajni w najrozmaitszych stadach krajowych: ,,0 koniach przypominam, żebym wróciwszy miał czem do ludzi wyjechać". O fryzach hetman pisał: "a pojechawszy do Królewca starać się także o parę cugów frezów do wozów skarbnych. Z woźników takich zupełnie wyszła stajnia, a będą potrzebne i dla mnie, i dla Anusi" [córki hetmańskiej - przyp. aut]. Charakterystyczne, że Chodkiewicz polecił kupować konie wierzchowe i do lekkiego zaprzęgu w stadach polskich, o fryzy zaś kazał się starać aż w Królewcu. Dowodzi to, że hodowli tej rasy nie prowadzono wówczas nawet w znamienitszych stadach polskich, w których husarie zaopatrywali się w wierzchowce.

Spośród ras importowanych z Zachodu z całą pewnością najczęściej używano w naszych stadninach do produkcji koni husarskich tzw. andaluzyjskich dzianetów. Konie te miały niewątpliwie wiele cennych zalet wierzchowców kawaleryjskich, skoro w kronikach i dokumentach od XIV do XVIII wieku często spotyka się wzmianki, że obok koni tureckich również dzianety używane były pod wierzch przeróżne "najprzedniejsze osoby". Dzianet to istotnie koń przede wszystkim paradny. Używany też był ongiś w Rzeczypospolitej przez znamienite osoby na różnych uroczystościach, wjazdach posłów itp. Na przykład Jan Zamoyski ofiarował królowi Stefanowi Batoremu konia ze swego stada, o którym mówiono, że "urodą i cnotą podobny był dzianetowi". Czapski uważał, że "dzianety w Polsce były na równi z bedawiami [konie krwi arabskiej - przypis autora] cenione". O tym, że konie w typie dzianeta używane były również w husarii, świadczy fakt, że Jan Zawadzki wysłany przez Władysława IV do Londynu w poselstwie do króla angielskiego Karola I zawiózł mu w prezencie między innymi "dzianeta po husarsku z rzędem turkusami osadzonym".

Typ dawnego dzianeta przechował się do czasów obecnych stosunkowo najlepiej w jego potomkach - koniach rasy lipicańskiej. Zamożniejsi husarze płacili za konia 1000 do 1500 czerwonych złotych. Były to sumy niesłychanie wysokie i pozwalały husarzom na wybór najlepszych koni w najznakomitszych polskich stadninach.Wyrażenia: "koń szlachetnego rodu", "koń dobrego stada", "koń rasowy", nie oznaczały konia osobnej polskiej rasy, ale znaczyły tyle co: "koń mający wiele krwi", domyślnie - ,,wschodniej".

Prof. Pruski twierdzi, że do tzw. tureckich zaliczano w Polsce w XVII wieku konie: anatolijskie, perskie, turkmeńskie, arabskie, kurdyjskie, krymskie, kaukaskie itp. Trudno dziś zdać sobie sprawę, która z tych ras była najwyżej w Polsce ceniona, najchętniej kupowana lub najczęściej zdobywana na nieprzyjacielu. Kluk na przykład uważał araby za najpiękniejsze, na pierwszym jednak miejscu jako konie użytkowe stawiał perskie. Autentyczny zaś husarz i dowódca chorągwi husarskiej Krzysztof Dorohostayski (odznaczył się W bitwie ze Szwedami pod Kokenhausen w 1601 r.) chwalił konie arabskie.

Nie można więc stwierdzić, jak dużo koni używanych w kawalerii polskiej XVII wieku dałoby się podciągnąć pod dzisiejszą nomenklaturę półkrwi arabskiej. Pewne jest natomiast, że większość ówczesnych koni kawaleryjskich to produkty stadnin krajowych, przez długie lata stale uszlachetniane "turkami", czyli końmi różnych ras wschodnich z arabską włącznie. Wszystkie odmiany koni tureckich były niewątpliwie pokrewne arabom i mniej lub więcej do nich podobne, Jako należące do szlachetnych ras wschodnich. Wszystkie odmiany "turków" posiadały też w pewnym stopniu te nadzwyczajne przymioty koni kawaleryjskich, które później zaczęto przypisywać tylko rumakom pustyni.

Z całym obiektywizmem można powiedzieć, że dawni Polacy potrafili w pełni docenić wartość koni tureckich. Trudno bowiem o więcej dowodów uznania i sympatii od tych, które znajdują się w starych kronikach, utworach literackich, a nawet przysłowiach narodowych. Dawni pisarze wspominając o "turkach" wyrażają się o nich zawsze w superlatywach, dodając często takie przymiotniki, jak: lotnonogi, chyży, zwinny, rączoskoki itp. Stare przysłowie polskie mówi:

"tak rad, wesół, jakby go na koń turecki wsadził".

Charakterystyczny jest też fragment przytoczonego w poprzednim rozdziale wierszyka:

"Koń turek, chłop Mazurek... są najlepsze".

Najwierniejszym towarzyszem bojów polskiego żołnierza XVI i XVII wieku był więc koń turecki. Często spotkać można niezwykłe wprost dowody sympatii i przywiązania doń. Na przykład pogromca Karola Gustawa, Stefan Czarniecki, na chwilę przed śmiercią żegnał się ze swym koniem. Ze względów praktycznych konie te musiały być przedmiotem szczególnej troski. Toteż Stanisław Żółkiewski, przez cale życie sprawom publicznym oddany, w testamencie swym zwrócił się do żony: "Stado, proszę Cię, niech będzie w dobrej opatrzności, bardzo rzecz jest potrzebna".

Wartość koni naszej kawalerii doceniali również wrogowie. Na przykład sławny i doświadczony wódz szwedzki Arvid Wittenberg pouczał swoich żołnierzy przed bitwą: "Wytrzymujcie Polaków natarcia w jak najgęstszym szyku, albowiem luźni niezawodnie ich natarcia nie wytrzymacie. Niechaj zaś żaden zwis w ucieczce ratunku nie szuka, albowiem nic nie jest w stanie ujść przed nadzwyczajną koni polskich rączością i wytrzymałością".

Koń ten jak i dzianet bywał dosiadany przez osoby najwyżej postawione oraz używany przy okazji różnych uroczystości państwowych. Na przykład poseł Rzeczypospolitej Jerzy Ossoliński w czasie z przepychem zorganizowanego wjazdu do Rzymu w 1633 r. "siedział ... na dzielnym tureckim rumaku, złotymi kutym podkowami i zdobnym w czarne u głowy pióropusze, gęsto dyamentami przeplatane".

Koń uszlachetniony "turkiem" był poszukiwany i ceniony najwyżej we wszystkich rodzajach kawalerii polskiego autoramentu. Stanowić więc musiał większość również wśród wierzchowców husarzy. Wzmianka o koniach "stad węgierskich" potwierdza także tezę, że husarze siedzieli na koniach typu wschodniego. Upewniają w tym przekonaniu dawne opisy Beauplana: "Usarze mają konie wyborne, najczęściej tureckie czyli natolskie". Hektor Szymanowski w poetyckim opisie husarii z 1642 r., którego wyjątek podano w pierwszym rozdziale, przekazał: "Tu skrzydła białopióre, forgi powiewają. A tu konie tureckie głosem poryżają". Również Jędrzej Kitowicz opisując jeszcze w XVIII wieku uzbrojenie i rynsztunek husarski wspomniał "rząd na koniu tureckim".

Z całą więc pewnością można powiedzieć, że konie typu wschodniego niosły olbrzymią większość husarzy do zwycięstwa już pod Kircholmem i ... jeszcze pod Wiedniem. Dopiero - mawiano - kiedy "Sas zasiadł na tronie Piastów, wschodniego konia nie potrzebował, boby na nim nie dosiedział".

Niektórzy wątpią, czy husaria używała koni wschodnich, twierdząc, że były one zbyt małe i drobne. Wątpliwości te jednak zrodziły się stąd, że patrzono na dawne konie wschodnie przez pryzmat małych i drobnych arabów importowanych z pustynnych terenów Półwyspu Arabskiego w XIX ; XX wieku. Oczywiście, niepodobna sądzić, aby któraś chorągiew husarska w Polsce jeździła na pustynnych arabach. Pewne jest natomiast, że konie husarskie były produktami polskiej hodowli, wysoce uszlachetnionymi różnymi rasami wschodnimi, przeważnie roślejszymi od arabów. Araby pustynne mogły się dostawać w tym czasie do Polski w niewielkiej tylko liczbie w drodze przypadkowego zakupu lub w formie wojennej zdobyczy. Dopiero w 1803 r. została zorganizowana pierwsza wyprawa aż na pustynię specjalnie po konie arabskie, którą przedsięwziął Kajetan Burski, koniuszy księcia Sanguszki ze Sławuty, ponieważ wskutek upadku hodowli koni w Turcji nie mógł on dostać odpowiednich reproduktorów w Stambule.

Bliższe określenie wyglądu zewnętrznego koni husarskich nie jest możliwe. Mogły one być mniej lub więcej zbliżone do tej czy innej z obecnie istniejących starych ras wschodnich. Większość z pewnością wykazywała wiele cech pośrednich między różnymi rasami wschodnimi. Były to bowiem mieszańce o niejednakowym stopniu uszlachetnienia. Toteż na dawnych obrazach i rysunkach oglądać można różne typy koni. Na przykład Gzapski o koniach polskich, których pięć wizerunków zamieścił w swoim albumie, napisał: "zupełnie żadnego między sobą nie przedstawiają podobieństwa, a z których każdy autentycznie za polskiego konia dokładny uchodzi portret".


Jeśli dotrwaliście aż do tego miejsca, to Wam serdecznie gratuluję cierpliwości :). Podkreślam raz jeszcze - to jedynie MOCNO SKRÓCONA WERSJA tego, co znajdziecie na wymienionej na początku stronie Wujka_Olka - gorąco zachęcam do jej odwiedzenia.

Mam nadzieję, że Rednacz Plackiem zwany na przyszłość przemyśli, czy ABY NA PEWNO chce mieć w numerze artykuł TEJ WIELKOŚCI...


ZDROWIE WASZMOŚCIÓW I PIĘKNYCH PAŃ !!



Do góry




 

Copyright (C) 2002 - 2004 Silva Rerum wszelkie prawa zastrzeżone
MAIL TO WEBMASTER